„Chryzantemy”

Już dziś zapraszamy serdecznie na film krótkometrażowy „Chryzantemy” z udziałem Hani. Film będzie można obejrzeć 5.02 na Canal+ Seriale o godz. 01:20 🙂

 

Miłego oglądania!

Wesołych Świąt

Życzę Wszystkim

Radosnych,

Rodzinnych Świąt

i Szczęśliwego

Roku 2017!

Niech nadchodzący rok

przyniesie nam

wszystkim dużo

powodów do radości

i artystycznych

uniesień…

 

Hanna Śleszyńska

„Gdzie Ci artyści szaleni…”

Zapraszamy Was serdecznie do TVP Rozrywka na powtórkę zeszłorocznego koncertu „Gdzie ci artyści szaleni… czyli Benefis Alicji Majewskiej i Włodzimierza Korcza z udziałem Hani. Pełny plan transmisji przedstawia się następująco:

 

25 grudnia godz. 20.15 – I część
25 grudnia godz. 21.15 – II część

 

28 grudnia godz. 23.55 – I część
29 grudnia godz. 01.00 – II część
 

Miłego oglądania!

Koncert „Raduje się serce” CKK Jordanki

Wczoraj w Toruniu w CKK Jordanki odbył się koncert „Raduje się serce” z okazji Święta Niepodległości w reżyserii Krzysztofa Jaślara. W koncercie wystąpiło wielu znakomitych artystów: Hania, Alicja Majewska, Dorota Osińska, Zbigniew Wodecki, Piotr Gąsowski, Tomasz Steciuk, Artur Andrus (prowadzenie), Włodzimierz Korcz (fortepian). Z towarzyszeniem Chóru UMK i Toruńskiej Orkiestry Symfonicznej. Publiczność miała okazję wysłuchać najsłynniejsze i najpiękniejsze pieśni niepodległościowe i patriotyczne!

Gala 20-lecia Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu

W poniedziałek 7 listopada w Filharmonii Narodowej w Warszawie odbyła się uroczysta gala z okazji jubileuszu 20-lecia powołania Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu i 25-lecia rozpoczęcia przez prof. Henryka Skarżyńskiego leczenia głuchoty w Polsce.

 

Galę poprowadzili: Alicja Węgorzewska i Rafał Królikowski. Zaprezentowano utwory przybliżające 25-letnią historię leczenia głuchoty w Polsce i na świecie. Podczas spektaklu wystąpili artyści scen polskich, m.in. Hania, Anna Jurksztowicz, Robert Rozmus, Ryszard Rynkowski i Maciej Miecznikowski, a także pacjenci, którzy dzięki implantom ślimakowym odzyskali słuch i mogą realizować swoje pasje muzyczne. Podczas gali wykonano utwór, do którego słowa napisał sam prof. Skarżyński, a muzykę skomponował Krzesimir Dębski.

„Własność znana jako Judy Garland” – recenzja!

Zachęcamy Was do przeczytania pięknej recenzji spektaklu „Własność znana jako Judy Garland” w reż. Sławomira Chwastowskiego napisanej przez Chochlika kulturalnego.

 

Jeśli jeszcze nie widzieliście spektaklu, to koniecznie musicie zobaczyć! Zapraszamy bardzo serdecznie 13 listopada o godz. 19.00 i 5 grudnia o godz. 19:30 do Teatru Capitol. Nie możecie przegapić takiej okazji!

 

A teraz czas na obiecaną recenzję. Zatem zapraszamy do lektury!

„Własność znana jako Judy Garland, czyli oddajcie im pieniądze, albo niech przyjdą jutro!”

Któż z nas nie zna piosenki o marzeniach, które spełniają się gdzieś tam, nad tęczą? Słynnego na całym świecie przeboju z „Czarnoksiężnika z Oz”, w którym rolę Dorotki zagrała Judy Garland! Aktorka, piosenkarka, laureatka Złotego Globa, nagrody Grammy, Specjalnej nagrody Tony oraz honorowego Oscara dla wybitnego młodego wykonawcy. Jednym słowem gwiazda. A do tego wszystkiego matka swojej córki, Lizy Minnelli. W naszym kraju szczególnie ta ostatnia informacja działa na wyobraźnię.

 

Sztuka Billy`ego van Zandta pt. „Własność znana jako Judy Garland” dziesięć lat temu została znakomicie przyjęta na Broadwayu. Na język polski została przetłumaczona specjalnie dla Hanny Śleszyńskiej przez Sławomira Chwastowskiego, który wyreżyserował także polską wersję spektaklu. Popularna polska aktorka pasuje do trudnej roli upadłej gwiazdy, bo ma nie tylko olbrzymią umiejętność skupiania na sobie uwagi widza, ale też niesamowitą zdolność bycia wiarygodną zarówno w scenach dramatycznych, jak i komediowych.

 

Sama Hanna Śleszyńska mówiła po spektaklu, że jego bohaterka jest dziś w Polsce niemal zapomniana i rolą sztuki jest właśnie przypomnieć o niej. Biorąc to pod uwagę, także i ja przypomnę garść informacji na temat życia tej barwnej postaci światowego show-businessu.

 

Kim była Judy Garland?

 

Jak wspomniałem, dla Polaków przede wszystkim pokręconą matką Lizy Minnelli. Dla niektórych Dorotką z „Czarnoksiężnika z Oz”. W naszym kraju już tylko pewnie najwierniejsi fani i miłośnicy muzyki czy filmu pamiętają zmarłą czterdzieści siedem lat temu gwiazdę. Spektakl pozwala przywrócić pamięć o niej i to wcale nie taką „odrestaurowaną”, podkoloryzowaną, ale właśnie nie uciekającą od smutnej prawdy.

 

Judy Garland urodziła się 10 czerwca 1922 w Grand Rapids (Minnesota), a zmarła 22 czerwca 1969 w Londynie. Od najmłodszych lat występowała na scenie, początkowo w siostrzanym trio (któremu akompaniowała matka), później – po rozpadzie grupy w 1935 r. – młodziutka Judy Garland podpisała siedmioletni kontrakt z wytwórnią filmową Metro-Goldwyn-Mayer, jednak z racji wieku (trzynaście lat) wydawała się starsza niż typowa gwiazdka dziecięca, a na „dorosłą” karierę była dla odmiany za mało rozwinięta. W wytwórni stale krytykowano jej wygląd, co było paradoksalne, boze zdjęć patrzy na nas przecież piękna kobieta. Kanony kobiecej urody były jednak wtedy dla Garland nieubłagane.

 

Przełomem w karierze filmowej młodziutkiej aktorki okazały się filmy z Mickey`em Rooney`em. Jako duet byli tak lubiani, że zagrali razem w dziesięciu filmach. To wtedy, aby młodzi ludzie wytrzymali pracę ponad siły, zaczęto im podawać amfetaminę i barbiturany. Regularne zażywanie narkotyków doprowadziły naturalnie do uzależnienia Judy Garland, z którym nie potrafiła sobie poradzić do końca życia. Dodajmy do tego jeszcze alkohol i otrzymamy mieszankę wybuchową, która skończyła się dla gwiazdy tragicznie.

 

Mimo kariery zawodowej, uznania krytyków i uwielbienia widzów, aktorka i piosenkarka przez całe życie borykała się z obniżonym poczuciem własnej wartości. Nie czuła się dość atrakcyjna, a za swoje problemy obwiniała Metro – Goldwyn – Mayer, wytwórnię, która odebrała jej dzieciństwo.

 

Słynny „Czarnoksiężnik z Oz”

Szesnastoletnią Garland, śpiewającą w „Czarnoksiężniku z Oz” „Over the rainbow”, z którą najłatwiej ją dziś identyfikować, czekało na planie szereg nieprzyjemności. Musiała wszak wydawać się młodsza, niż była w istocie. Po raz nie wiadomo który zatem ingerowano w jej wygląd. Nakładki na zęby, na nos, taśmy spłaszczające biust, gorsety… Później rok promowania filmu (z nawet pięcioma występami w ciągu jednego dnia), to musiało się odbić na zdrowiu dziewczyny.

 

Kiedy zaś w Europie szalała II wojna światowa, w 1940 r. Garland odbierała swojego honorowego Oscara dla młodego wykonawcy.

 

Kariera filmowa

 

Judy Garland wystąpiła w ponad czterdziestu filmach. Już pierwsze trzy (w tym „Little Nellie Kelly”) ugruntowały jej popularność. Takie tytuły, jak: „Kulisy wielkiej rewii” czy „,Laski na Broadwayu” z 1941 r. sprawiły, że zaczęła być traktowana jako jedna z największych gwiazd MGM. Gdy miała dwadzieścia jeden lat, na potrzeby filmu „Presenting Lily Mars” wytwórnia raz jeszcze poddała ją „terapii upiększającej”. Liczne przygody miłosne, usunięcie ciąży, śluby i rozwody, potęgowały tylko życiowy dramat ulubienicy widzów.

 

To także Judy Garland grała we wspominanym choćby w kinowej wersji „Seksu w wielkim mieście” filmie pt. „Spotkamy się w St. Louis”. Świetnie w nim śpiewała (i raz jeszcze przeszła zmianę wyglądu, którą – o dziwo – zaaprobowała; bo charakteryzatorka Dorothy Ponedel miała jej odtąd towarzyszyć do końca kariery w wytwórni). Mało kto wie, ale w 1945 r. Garland zagrała swoją pierwszą rolę dramatyczną („Pod zegarem”), a rok później śpiewała nagrodzoną Oscarem piosenkę w filmie „Dziewczęta Harveya”.

 

Niestety, krótko potem przeszła załamanie nerwowe, cudem ukończyła film po pobycie w prywatnym sanatorium, jednak później podjęła pierwszą próbę samobójczą. Od tej pory depresje i załamania nerwowe będą jej towarzyszyć już do końca życia, a po trzech kolejnych zerwanych filmach przyczynią się do rozstania z wytwórnią MGM.

 

Całe cztery lata trwała filmowa banicja Garland. W. 1954 r. zagrała w filmie pt. „Narodziny gwiazdy”. Film stał się dla niej z pewnością powodem dumy i wielkiej katastrofy. Zagrała koncertowo, nominowano ją do Oscara (szef wytwórni Warner Bros. podjął jednak błędną decyzję o skróceniu 182-minutowego filmu o pół godziny; widownia była oburzona). Mimo iż była faworytką oscarowej gali, przegrała wyścig po statuetkę z Grace Kelly. Leżąc w szpitalu po narodzinach swego trzeciego dziecka, widziała jak ekipa filmowa, która miała nagrywać jej podziękowania dla Akademii, bez słowa opuszcza salę. Co przeżyła, to jej. Faktem jest, iż do dzisiaj mówi się, że tamta decyzja była największą pomyłką w historii tej nagrody.

 

Kolejna oscarowa nominacja przyszła w 1961 r. za „Wyrok w Norymberdze”. Raz jeszcze statuetkę zdobyła inna aktorka. Ostatni ukończony film Judy Garland, to „I dalej będę śpiewać”, później w 1967 r. miała jeszcze zagrać w słynnej „Dolinie lalek” wg książki Jacqueline Susann, jednak z uwagi na to, że często opuszczała próby, rozwiązano z nią umowę. Po jej roli pozostało tylko nagranie piosenki „I’ll Plant My Own Tree” i kilka zdjęć.

 

Kariera sceniczna

 

Po rozwiązaniu kontraktu z MGM i rozwodzie z Vincentem Minnellim w 1951 r. Judy Garland z sukcesami odbyła czteromiesięczną trasę koncertową po Wielkiej Brytanii. W tym samym roku rozpoczęła występy na Broadway`u (w Palace Theatre). Dziewiętnaście tygodni nieprzerwanych występów określane jest do dziś mianem jednego z największych triumfów artystycznych jednego człowieka.

 

W 1956 r. Garland koncertowała w Las Vegas, z gażą wynoszącą 55 tysięcy dolarów tygodniowo (najwyższą w tamtych czasach). W latach 1959-1960, mimo nękających ją problemów zdrowotnych, śpiewała w londyńskim Palladium. Jej recital w Carnegie Hall 23 kwietnia 1961 r. okrzyknięty został najwspanialszym wieczorem w historii. Zapis płytowy tego wydarzenia zdobył pięć nagród Grammy i niemal przez dwa lata utrzymywał się na liście Billboardu.

 

Trasę koncertową po Australii określono mianem porażki gównie przez występ w Melbourne, podczas którego widać było, że artystka zachowuje się, jakby była czymś odurzona. Kolejny raz w trasę koncertową obejmującą szesnaście miast Judy Garland wyruszyła w 1967 r. Dwa lata później, po pięciu tygodniach występów w klubie nocnym Talk of the Town w Londynie pojechała jeszcze do Kopenhagi, gdzie 25 marca 1969 r. dała swój ostatni koncert…

 

Po co ta biografia?

 

Sama Hanna Śleszyńska już po spektaklu apelowała ze sceny, byśmy starali się przypominać historię Judy Garland, w Polsce nieco już zapomnianej amerykańskiej gwiazdy sprzed kilku dekad. Spektakl bardzo mnie poruszył, stąd taka właśnie potrzeba, by podziękować za cudowną pracę wszystkich twórców chociaż w ten sposób. Jeśli dzięki temu chociaż kilka osób zacznie na własną rękę szukać informacji na temat Judy Garland, będzie mi bardzo miło i cel zostanie osiągnięty. Internet jest zresztą kopalnią zdjęć, nagrań i dokumentów z nią związanych. Zatem – miłego szukania!

 

A teraz to, co najważniejsze!

 

Z oczywistych przyczyn nie mogę opowiedzieć dokładnie, krok po kroku, przebiegu przedstawienia. Jest zbyt intymne, w końcu to spowiedź zniszczonej życiem kobiety, padające ze sceny słowa za bardzo oddziałują na duszę, by tak opowiadać, co można przeżyć idąc na „Własność znaną jako Judy Garland”.

 

Wielką zaletą tego kameralnego spektaklu, wyreżyserowanego przez Sławomira Chwastowskiego jest to, że nawet najtrudniejsze momenty z życia gwiazdy podane są w sposób, który co prawda zmusza do refleksji na temat straszliwych zasad rządzących show-businessem, ale nie zabija ciepłego nastroju. Nikt też lepiej niż Hanna Śleszyńska nie potrafiłby tej dwoistości (komedia-dramat) wypośrodkować. Artystka tę spowiedź upadłej gwiazdy przedstawia bez koloryzowania. Nie boi się pokazać wad bohaterki, ale i nie szarżuje. Judy w jej ujęciu jest ciepła, momentami zgorzkniała, bardzo cierpi. Wie doskonale, co źle zrobiła, ale ma bolesną świadomość, że czasu już nie cofnie.

 

Patrzy się na nią z mieszanką podziwu i niesmaku. Podziwu, bo przecież jej życie to gotowy scenariusz na film i to raczej z gatunku dramatów. Pomimo sukcesów zawodowych Garland przez całe życie walczyła z problemami osobistymi. Jej niską samoocenę pogłębiali jeszcze producenci filmowi, którzy przekonywali ją, że jest nieatrakcyjna i manipulowali jej ekranowym wyglądem zewnętrznym. Przepisywano jej środki medyczne kontrolujące wagę i pobudzające, co wpędziło Garland w trwające kilkadziesiąt lat uzależnienie od leków. Miała problemy finansowe, często zalegała z płatnością podatków na sumy sięgające nawet kilkuset tysięcy dolarów. Pięciokrotnie wychodziła za mąż, z czego cztery pierwsze małżeństwa kończyły się rozwodami. Kilkakrotnie podejmowała próby samobójcze.

 

A jednak, czego dowiadujemy się z „jej własnych” ust, miała tez wspaniałe momenty. Znała wielkich tego świata. Bywała na koncertach Marleny Dietrich (jej opowieść o jednym z nich jest po prostu majstersztykiem!), pracowała z z najlepszymi muzykami, w pewnym momencie miała sławę, pieniądze, wszystko. Chociaż nie potrafiła nawiązać właściwych relacji z dziećmi, uważała je za swój największy życiowy sukces.

 

W Teatrze Capitol, w którym nie byłem już chyba od pięciu czy sześciu lat, Hanna Śleszyńska we „Własności znanej jako Judy Garland” udowodniła, że dba się tu o jakość przedstawień. Chociaż alkohol nie jest prawdziwy, mamy wrażenie, że wypito go tutaj litrami (już w pierwszej nawet scenie!). Prawda wyziera z każdego kąta, podobnie jak emocje.

 

Bohaterkę poznajemy tuż przed jej ostatnim koncertem w życiu, tym w Kopenhadze w 1969 r. Jest nadużywającą alkoholu lekomanką, która ledwo śpiewa, ale musi to robić, żeby zarobić na życie. Gwiazdorzy w imię mglistego wspomnienia wielkiej artystki, którą niegdyś była. Siedząc sama przed lustrem wspomina ludzi, których poznała, którzy wynieśli ją na szczyt i zarazem zniszczyli jako człowieka. Opowiada o blaskach i cieniach bycia na świeczniku. Między wierszami przemyca swoją opinię na temat tego, jak bardzo rabunkowa była polityka studia filmowego, dla którego była koniem pociągowym, napędzającym zyski i którego eksploatowano ponad miarę.

 

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Judy, którą widzimy na scenie, jest bardzo nieszczęśliwa, choć przybiera maskę wesołka, który w dowcipny sposób kwituje wszystkie swoje niepowodzenia. To jednak przecież tylko fasada, za którą kryje się wielokrotnie zranione serce. I jego najbardziej żal…

 

Spektakl ma formę niemal monologu. Judy jest sama, tylko chwilami towarzyszy jej Robaczek, zdenerwowany (nawet przesadnie) młody chłopak, którego zadaniem jest doprowadzić gwiazdę na scenę, choć wydaje się to niemożliwe. Bo przecież pijana w sztok, bo ma wygórowane oczekiwania (bez puree z ziemniaków i zielonej fasolki nie wyjdę). Kobieta wie jednak, że sympatia widzów zawsze była jej największą bronią i będzie o nią zabiegała mimo wszystko. Od czego leki, makijaż? Wszystko da się zamaskować. Śpiewać też można na pół gwizdka, byle wyjść i … być gwiazdą! Chociaż… nie zawsze chce się wyjść.

 

Jedną, szokującą wadą przedstawienia, jest to, że … trwa tylko półtorej godziny! Spowiedź Judy Garland jest tak wciągająca, że kiedy wreszcie się kończy, na widowni słychać zbiorowe westchnienie: jeszcze…! Zwłaszcza, że w finale Hanna Śleszyńska śpiewa trudne piosenki Judy Garland ze słynnym motywem z „Czarnoksiężnika z Oz” na czele. „Tęcza”, bo tak brzmi polska wersja językowa, została przetłumaczona przez Wojciecha Młynarskiego. Jego teksty łatwo rozpoznać, po kunszcie języka i takim trudnym do nazwania poetyckim podejściu. Aranżacje są arcytrudne, a Hanna Śleszyńska śpiewa tak, jakby urodziła się z tymi piosenkami na ustach… „Be myself” w polskim tłumaczeniu też interpretuje niezwykle celnie. Znakomita jest scenografia Doroty Banasik, która – tak, to prawda – zmienia barwy! Ta wspaniała iluzja to zasługa fantastycznie przygotowanych świateł. Gdyby chcieć się do czegoś przyczepić, to może tylko do nieszczęsnego Robaczka, który wybiegając w pewnym momencie, pozostawia szeroko uchylone drzwi, a za nimi, na hotelowym korytarzu widać- fragment kulis z czymś na kształt drabiny. To pewnie przypadek, ale rozprasza uwagę.

 

Nie ma słów, by nachwalić bohaterkę wieczoru. Ten głos, talent, umiejętność zmiany nastroju na zawołanie, to jest coś u dzisiejszych aktorek nieznanego. W dobie, gdy wielkość aktorek mierzy się ilością zdjęć w kolorowym czasopiśmie, Śleszyńska udowadnia, że na scenie liczy się jednak zupełnie coś innego. A ona to ma…

Włodzimierz Neubart

Przyznane Chochliki:
tekst sztuki: 6
gra aktorska: 6
reżyseria: 6
scenografia i kostiumy: 5
wrażenie artystyczne: 5
razem: 28

 

Źródło recenzji: http://chochlikkulturalny.blogspot.com/2016/10/wasnosc-znana-jako-judy-garland-czyli.html